Gorące wakacje w listopadzie? Tylko w Totes Gebirge! Oczywiście pod warunkiem, że akurat jest inwersja, a Ty jednak masz na sobie coś więcej niż bikini – na przykład trzy warstwy, które kończą się kurtką puchową.

To ciekawe, że entuzjazmu wynikającego z urlopu w długi weekend w listopadzie nie przyćmiewa fakt, że to jednak listopad. Że dzień jest megakrótki, pogoda raczej do bani, dużo śniegu, schroniska zamknięte i mało kto pakuje się w Alpy. 

Trzeba mieć trochę szczęścia, żeby przynajmniej kilka elementów z tej wyliczanki się samo wyeliminowało. A jednym z nich jest pogoda. Może jak ona wie, że są to “wczasy”, to od razu robi się “wakacyjna”? (No to szkoda, że nie wiedziała tego w lipcu…)

  

Totes Gebirge, czyli ani żywego ducha w tych górach

Totes Gebirge (pol. Góry Martwe) to pasmo górskie w Północnych Alpach Wapiennych, zbudowane z wapienia Dachstein; prawdopodobnie stanowi największy obszar krasowy wapienia na świecie. Już nie prawdopodobnie, a na pewno w tym paśmie znajduje się najdłuższy (151 km!) system jaskiń Austrii, czyli Schonberg (wiemy to z artykułu w Wikipedii, oczywiście). Same góry nie są zbyt wysokie, najwyższy szczyt – Großer Priel – ma 2515 m n.p.m. 

Dlaczego Góry Martwe są martwe? To przez brak wody – w tych wapieniach nic nie płynie! A co za tym idzie – nie ma specjalnie dużo roślinności. A w listopadzie to już w ogóle taki… “martwy sezon”, tak więc nazwa pasma w punkt.

Grupa Warscheneck

W Totes Gebirge wybraliśmy zachodnią część pasma, czyli Grupę Warscheneck (której nazwę googlowski tłumacz uparcie zmienia na “warszawa”). Dwunocny (były to dwie noce, ale w sumie w górach spędziliśmy trzy dni) plan obejmował dotarcie do winterraumu, zdobycie Warschenecka, nocleg w Lucknerhutte i powrót. Cała pętla to niecałe 30 km i ponad 2000 m przewyższenia. 

Nocleg w Dümlerhütte

Z darmowego parkingu przy Pyhrnpass najpierw szliśmy do Wurzeralm. Podchodziliśmy drogą wzdłuż stoków narciarskich i singletracku (!). Zimą na pewno w tej części Totes Gebirge dzieje się więcej, a w listopadzie – pustki. Restauracje dla narciarzy były pozamykane, gdzieniegdzie właściciele stoków i wyciągów przygotowywali się do nadchodzącego sezonu. Z Wurzeralm widać grupę Warschenecka – to dość długi grzbiet zamykający dolinę od północnej strony. 

Stubwieswipfel

Do Dümlerhütte szliśmy świetnym szlakiem z widokiem na Stubwieswipfel (taki szczyt podobny do Zawiesistej Turni blisko Przysłopu Miętusiego). Podejście z Wurzeralm zajęło nam ok. 2 godzin. 

Dümlerhütte to nieduże schronisko, które jest czynne do końca października, a po tym terminie oferuje przytulny Winterraum za drobną opłatą 6 euro za osobę (cena z 2021 roku). Są oczywiście miesiące, w których działa np. tylko w weekendy albo kiedy jest czynne przez określony tydzień. 

Dumlerhutte

Winterraum jest świetnie wyposażony. Są łóżka z materacami, a także piec i przygotowany zapas drewna. Jedyny problem to woda, ale nie jesteśmy pewni, czy jej nie znaleźliśmy, czy po prostu nie jest dostępna.

Warscheneck

Warscheneck to jednak nie tylko nazwa szczytu, ale i całego masywu.  W tym obszarze znajduje się wiele ciekawych płaskowyżów, a także sporo imponujących wysokością czy kształtem wapiennych ścian. Pierwszą “atrakcją”, którą napotkaliśmy przy szlaku na Warscheneck, było Rote Wand. Góra wygląda tak, jakby została przecięta na pół, a jej pionowa ściana faktycznie przybiera czerwony kolor (uprzedzamy: to nie jest info dla tych, którzy się znają na odcieniach i kolorach). 

Rote Wand
Płaskowyże super (dopóki nie staje się pod stromymi skałami i nie uświadamia sobie, że trzeba włazić do góry)
Turysta idzie po zacienionym szlaku grzbietem
W oddali Warscheneck

Po drodze mijaliśmy prawą stroną wierzchołek Toter Manna. Z tego miejsca widzieliśmy już Warscheneck. To naprawdę “kawał góry”, choć nie jest wysokim szczytem (jak na alpejskie standardy) i ma tylko 2388 m n.p.m. 

Wydawało nam się, że jest niedaleko, ale jednak dojście do niego trochę zajęło. Szczególnie że z Dümlerhütte było to prawie 1000 m podejścia na 5 kilometrach. My oczywiście daliśmy się nabrać na te “płaskowyże”, zapominając, że jakoś się trzeba do nich dostać i szlak – chcąc nie chcąc – będzie prowadził stromo do góry po skałach. 

Ściana Warscheneck
Nazwa szczytu Warscheneck podobno wywodzi się od celtyckiego słowa "wahse", czyli ostry
Szczyt Warscheneck z krzyżem
Szczyt Warschenecka

Ze szczytu przede wszystkim widać Grosse Priela i resztę szczytów Totes Gebirge. W oddali można pooglądać Niskie Taury, pasma znajdujące się w Parku Narodowym Alp Wapiennych i jeszcze wiele innych gór, których i tak nie bylibyśmy w stanie rozpoznać.

Grosse Priel
Grosse Priel

Lücknerhütte

Na Warschenecku wiecznie siedzieć nie mogliśmy, bo listopad ma to do siebie, że dzień jest krótki, a do przejścia zostało nam 600 m na 6 km w dół. Naszym celem było Lücknerhütte – chatka, którą chyba można zaliczyć do czegoś pomiędzy “selbstverordnung Hütte” (to takie chatki, które nie mają stałego właściciela, przeważnie są jednak dostępne dla turystów) lub schronu. 

Nieco ośnieżone zejście z Warschenecka. (Ci, którzy w porę nie założyli stuptutów albo w ogóle ich nie wzięli, mogli potem jedynie ocierać mokrą skarpetą łzy...)
To już chyba jakaś międzynarodowa tradycja, jeśli chodzi o znakowanie szlaków. W lesie oznaczeń tyle, co kot napłakał. Ale na prostej drodze - co drugi kamień. Może to ktoś wyjaśnić?

Żeby nie było, że wszystko podczas tej listopadowej wycieczki przebiegało tak gładko, to trzeba wspomnieć o tym, że 

  • schodziliśmy stromo w dół po śniegu i to było zdecydowanie mniej przyjemne niż wejście, 
  • napotkaliśmy znak mówiący, że niby “Lücknerhütte ist versperrt”, czyli że niedostępny,
  • zdążyło się ściemnić (tak, tak, listopad…), jak już w lesie szliśmy, by się przekonać, czy Lücknerhütte będzie “versperrt”, czy nie… 

Chatka stała oczywiście tam, gdzie miała stać, niedaleko niej znajdowało się nawet źródło. Mogliśmy tam więc przenocować, a rano takim bardziej leśnym szlakiem wrócić do Wurzeralm. 

Dobry poranek (i to z kawką w kubku!)
Szlak prowadzący do Wurzeralm

Totes Gebirge w listopadzie

Alpy w listopadzie to był strzał w dziesiątkę. Pogodę mieliśmy lepszą niż w lipcu, na szlaku byliśmy praktycznie sami, a dodatkowo jesień była bardzo fotogeniczna… Oczywiście słoneczny listopad nie jest normą i człowiek spodziewa się raczej deszczu, śniegu i innego zła. Ale od czego są prognozy pogody, my sprawdzamy je tutaj i tutaj

Tak, tak. Tak je sprawdzaliśmy przed listopadowym wyjazdem, że za bardzo im nie wierzyliśmy. Potem w plecakach nosiliśmy dodatkowy kilogram w postaci raków czy ciepłych spodni. Spodnie oczywiście się przydały, bo słońce słoneczkiem, ale listopadowe popołudnia i wieczory są zimne. Raków jednak nie wyciągnęliśmy w ogóle. Warto jednak zorientować się, jak dużo śniegu czy lodu znajduje się na szlakach. Warunki można podejrzeć na kamerach ze strony Bergfex.  

Dobrą pogodę zawdzięczamy przede wszystkim inwersji. Dlatego też po Totes Gebirge spacerowaliśmy w 15-stopniowym ciepełku i z widokiem na morze mgieł. Za to potem jak zjechaliśmy do miasta, to trzęśliśmy się z zimna… Tam temperatura była zdecydowanie niższa, a z kolei wilgotność bardzo duża. 

Morze mgieł

Że niby takie dziki jesteśmy, bo w Alpy jeździmy?

Ty też możesz. Sprawdź, jakie rejony polecamy. 

Drewniany Dzik w Totes gebirge
Dzik jest dziki, dzik jest dobry. Bo mieszka w Wurzeralm.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *