Schrankogel, czyli następnym razem zrobimy coś ambitnego

Schrankogel, czyli następnym razem zrobimy coś ambitnego

Share on facebook
Share on pinterest
Share on email
Share on print

Schrankogel miał być sprawdzianem przed alpejskimi czterotysięcznikami. I chyba nikt z nas nie spodziewał się, że to właśnie ta przygoda rozpocznie ciąg niepowodzeń kierowanych rozsądkiem, z których narodziło się hasło: Eee, następnym razem zrobimy coś ambitnego.

Trudno jest relację z wyjazdu w Alpy w 2016 roku podzielić na mniejsze części. Każdy etap podróży był nieodłącznym elementem przygody, a każdy spontaniczny plan pchany zrządzeniem losu. A raczej – pogody.

Alpy Sztubajskie

I tak ruszyliśmy w długą, nużącą podróż w Alpy Sztubajskie, nie korzystając z autostrad ani w Czechach, ani w Austrii. Byliśmy wtedy młodzi, szaleni i przede wszystkim jechała z nami Monika, która wsparła nas w pokonaniu tysięcy kilometrów. Mogliśmy sobie więc pozwolić na takie ekstrawagancje.

Alpy Sztubajskie to świat trzytysięczników pokrytych śniegiem, uroczych dolin, a także dość wymagających szlaków. Są położone w Tyrolu na granicy Włoch i Austrii, a większym miastem w ich pobliżu jest Innsbruck, słynny z Turnieju Czterech Skoczni. Najwyższym szczytem jest Zuckerhütl (3507 m n.p.m.), a zaraz za nim – Schrankogel (3496 m n.p.m.).

Schrankogel w chmurze
Schrankogel to drugi najwyższy szczyt Alp Sztubajskich

My skierowaliśmy się w zachodnią stronę tego pasma. W zasadzie można powiedzieć, że wylądowaliśmy pomiędzy Sztubajem a Alpami Ötztalskimi. Naszym celem było dotarcie do Gries w pobliżu miejscowości Längenfeld. Wjechaliśmy więc w dolinę i po kilku serpentynach dotarliśmy do wioseczki tchnącej spokojem. Znajdowało się tam jednak coś, co nas niezwykle ucieszyło, czyli bezpłatny parking (a przy nim toaleta – która okazała się niezwykle przydatna!).

Krowy na szlaku do Ambergerhutte
Typowe Alpy – krowy wszędzie

Nocleg w Amberger Hutte

Do schroniska prowadzi łatwa i krótka droga, której przejście zajmuje nie więcej niż 2 godziny. Już z trasy mogliśmy popatrzeć na nasz cel, czyli Schrankogel. Trzeba przyznać, że robił wrażenie niezbyt przystępnej skalnej piramidy. Spacer oczywiście odbywał się w towarzystwie huku wody za sprawą lodowcowego potoku Fischbach.

Turyści przechodzą przez most, w tle Schrankogel
Przekraczamy Fischbach, dochodząc do Sulztalalm

Nie rezerwowaliśmy noclegu, ale na szczęście w Amberger Hutte nie było zbyt wielu turystów. Nocleg w Winterraumie (które czasem funkcjonują i w lato, a ten był osobnym pomieszczeniem dobudowanym do schroniska) kosztował 10 euro* ze zniżką Alpenverein (a dla nas ze specjalną zniżką AKT “Watra”). Z perspektywy czasu wiemy, że to 10 euro za nocleg to było prawie tyle co nic, a w dodatku mogliśmy jeszcze pograć w jadalni na gitarze (dopóki nie zagłuszył nas tyrolski akordeonista).

*I nadal kosztuje tyle samo, czyli 10 euro dla członków AV. Cena oczywiście odnosi się do tzw. Matratzenlager, czyli pokoju 14-osobowego.

Amberger Hutte
Przytulne Amberger Hutte

Schrankogel – niby prosty trzytysięcznik

Schrankogel jest stosunkowo łatwym trzytysięcznikiem. Pod samym szczytem jest kilka eksponowanych miejsc, no i jedno miejsce wycenione na I. Na sam wierzchołek prowadzi znakowany szlak. To, co jednak czyni go łatwiejszym, to brak konieczności przechodzenia przez lodowiec. Choć oczywiście można wybrać też taką opcję i przejść po Schwarzenbergfernen.

Pokonanie drogi z Amberger Hutte (2135 m) na Schrankogel (3497 m) to ok. 4-5 godzin, no i dosyć sporo podejścia – 1361 m. Szlak, który omija lodowiec, wiedzie przez Hohes Egg (2820 m), a następnie zachodnim grzbietem. Jest to żmudne (choć z przepięknymi widokami!) podejście piargami do góry. 

Sultzal - dolina pod Schrankoglem
Sulztalalm
Turyści patrzą w stronę szczytu
Wypatrujemy dalszego szlaku do szczytu

Na lodowcowe ekscesy nie byliśmy przygotowani, więc chcieliśmy wracać tą samą drogą. Jak się okazało, nie byliśmy nawet przygotowani na śnieg zalegający w partiach podszczytowych. Po dłuższym namyśle stwierdziliśmy, że o ile wejście nie będzie problematyczne, to już zejście w topniejącym śniegu może być nieprzyjemnym wyzwaniem. Nie mieliśmy żadnego sprzętu (tzn. ani raków, ani czekana), dzięki którym można by w miarę bezpiecznie pokonać żleb i grzbiet. Odpuściliśmy, a przyczyniło się także do tego to, że zobaczyliśmy wiążących się liną Austriaków.

Atom na śniegu. W tle Sulztal
Śnieg pokrzyżował plany wejścia na Schrankogla...
Schrankogel pokryty w małej części śniegiem
Do szczytu całkiem niedaleko – widać już nawet krzyż
Mutterberger Seespitze
Mutterberger Seespitze

Płonące drzewo, ulewa i posiaduchy w toalecie...

Znaleźliśmy jednak dobrą stronę naszej ewakuacji spod szczytu Schrankogla. Dzięki wcześniejszemu zejściu ulewa i burza, które rozpętały się po południu, dopadła nas dopiero w połowie drogi do samochodu. Burza była taka, że dała nam do zrozumienia, jak bardzo jest niebezpieczna. I że skoro piorun może trafić w randomowe drzewo na zboczu, to w zasadzie czemu nie miałby trafić też w randomowego człowieka… 

Zmoczeni trafiliśmy na parking. I wtedy z pomocą przyszła… toaleta. Nie musieliśmy więc cali mokrzy ładować się do auta. Przesiedzieliśmy dobrą godzinę w kiblu, susząc się, jedząc obiad i mając nadzieję, że nikt nas nie wygoni.  

Burza zrobiła też więcej zamieszania w planach naszego wyjazdu. Przez tragiczne prognozy pogody zdecydowaliśmy się, że wyjedziemy z Austrii.

Kobieta sprawdza ulotkę
Co by tu zobaczyć przed deszczem...?
Ola, Monia i Atom sprawdzają na ekranie prognozy pogody
Co byśmy zrobili, gdyby nie darmowy Internet w informacji turystycznej!

Hängebrücke Burgstein, czyli ostatnia słoneczna wycieczka

Przed kolejną ulewą (a zapowiadały się takie codziennie) zdążyliśmy odwiedzić wiszący most w Längenfeld – Hängebrücke Burgstein. Łączy on Brand i Burgstein i ma 82 m długości i wisi około 200 m nad ziemią. 

Przejście po moście może się wydawać średnią atrakcją. Co innego szlak prowadzący przez sielskie pastwiska odwiedzenie uroczych pastwisk i widoki z mostu. Mogliśmy zobaczyć okoliczne szczyty – m.in. Äußere Hahlkogel, szczyt Alp Ötztalskich i dolinę, w której znajduje się Längenfeld oraz inne tyrolskie miejscowości,  składające się bardziej z pól i łąk niż z domów.

Monika w Alpach Sztubajskich
Spacerujemy przez Brandalm
Mariahilfkapelle
Kapliczka oraz restauracja na Brandalm
Most wiszący
Most wiszący z widokiem na Hahlkogel

Krótka trasa do Hängebrücke prowadzi przez Brandalm – górską halę, na której znajduje się restauracja oraz kapliczka. Stamtąd do mostu pozostaje ok. 45 minut, a całą trasę  można zamknąć w 3 godzinach. 

Szkoda, że jeszcze wtedy nie mieliśmy lonż i uprzęży, bo niedaleko Längenfeld znajdują się wyglądające całkiem ciekawie dwie ferraty Lener Wasserfall i Stuibenfall.  Może jeszcze kiedyś uda się je odwiedzić.

Prognozy pogody były jednak nieomylne. W drodze powrotnej z wiszącego mostu złapał nas deszcz. W ten sposób zakończyliśmy więc wycieczki w Austrii i przenieśliśmy się pod najwyższy szczyt Alp… Węgierskich, któremu poświęcimy osobny wpis. 

Selfie z mostem wiszącym
Selfie po drugiej stronie mostu

Następnym razem coś ambitnego?

No to wiadomo, że w Alpach. Możesz zerknąć na którąś z naszych wycieczek.   

© Copyright 2020 Błażej Wojaczek. All rights reserved

Made for your joy ❤

Korzystanie z niniejszej witryny oznacza zgodę na wykorzystywanie plików cookies. Zmiany warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do plików cookies można dokonać zmieniając ustawienia przeglądarki.