Ahoj, Jaworowy! Czyli wycieczka rowerowa po czeskim Beskidzie

Ahoj, Jaworowy! Czyli wycieczka rowerowa po czeskim Beskidzie

Share on facebook
Share on pinterest
Share on email
Share on print

Byłoby prościej pójść do pierwszych lepszych potravin i tam kupić Kofolę. Życie jednak nie jest na tyle trudne, by nie móc utrudnić go sobie jeszcze bardziej. Dlatego na zakupy pojechaliśmy na Mały Jaworowy, zabierając tym samym siebie i rowery do Czech.

Pole, las i szczyt - Mały Jaworowy
Pierwszy z celów naszej wycieczki – Mały Jaworowy

Przygotowanie do rowerowej wycieczki na Jaworowy

Z tym przygotowaniem to jest oczywiście żart. My nawet nie mamy takich rowerów, żeby to jeżdżenie po kamieniach było przyjemne. O podjazdach też musielibyśmy w ogóle nic nie powiedzieć, bo po pierwsze one nigdy nie są najmilszym elementem jakiejkolwiek wycieczki, a po drugie… kto by tam się lubił męczyć.

Widok z Małego Jaworowy na Beskidy
Ot, beskidzkie klimaty

Żeby jednak nie było, że sobie tak tylko żartujemy, to zauważyliśmy pewną stałą sprzętową rzecz podczas naszych rowerowych wyjazdów w góry. Zawsze zabieramy podejściówki. Nie dlatego, że to sztywniejsze buty i lepiej się w nich jeździ. Nie dlatego, że chociaż trochę są w stanie ochronić stopę przed ewentualnymi przeszkodami. 

Podejściówki są przecież do PODCHODZENIA. A to nam się w górach z rowerem zdarza. 

Błażej podchodzi z rowerem po szlaku
Błażej też zabrał podejściówki. Przydały się

Mały Jaworowy, czyli miejsce spotkań lotniarzy, pieszych, rowerzystów

I narciarzy (zimą). Wszyscy spotykają się na Małym Jaworowym. To niewysoki szczyt (946 m n.p.m.) Beskidu Śląsko-Morawskiego, chętnie odwiedzany przez turystów. Powodem tego jest pewnie dobra infrastruktura, na którą składają się m.in. wyciąg krzesełkowy i schronisko. To zresztą ciekawy obiekt (choć nie najpiękniejszy), bo jak wskazuje Wikipedia, jego historia sięga 1895. I to właśnie pod koniec XIX wieku Beskidenverein miał tam swoje schronisko pod nazwą Erzherzog-Friedrich-Schutzhaus.

Widoki z Małego Jaworowego są…  industrialno-przyrodnicze. A to ze względu na widok na dalszą część Beskidu Śląsko-Morawskiego oraz Beskid Śląski, a także na okoliczne miasta, m.in. Trzyniec (i znajdującą się tam kopalnię).

Widok z Małego Jaworowego na łąki i pola oraz kopalnię w Trzyńcu
Przyrodniczo-industrialny klimacik

My na ten niewysoki szczyt podjechaliśmy z Oldrzychowic – najpierw szlakiem rowerowym 6201, a następnie kawałeczek szlakiem pieszym niebieskim, co dało 7,5 km podjazdu i 558 m przewyższenia.

Najważniejsze jednak, że w schronisku można było kupić Kofolę. Uf.

Koło roweru stojącego na wąskiej ścieżce na Jaworowy
Taki niedługi, miły fragment pieszego szlaku na Jaworowy

Wyścigi przez las z Jaworowego

Tak jest zawsze: “Przejedźmy kawałek tym szlakiem pieszym, na zdjęciach wyglądał okej. Nie było za dużo kamieni, no i chyba jest po płaskim”. 

I za każdym razem okazuje się, że szlaki piesze tylko w niewielkich fragmentach są przyjemne do jazdy na rowerze. Reszta to po prostu jakieś kamulce, korzenie, kałuże i błoto. W dodatku na zboczach Jaworowego, niemalże równolegle do szlaku niebieskiego biegnie trasa rowerowa. Jedyna kwestia jest taka, że jadąc nią, nie będzie się ani na Wielkim Jaworowym (1032 m), ani na Szyndzielni (1000 m). 

Czy to taka wielka strata? Nie.

Brudna noga
"Czysta" przyjemność

Tak czy inaczej, uczymy się dostrzegać też zalety różnych życiowych decyzji. Dzięki tej: po pierwsze znaleźliśmy się na styku rezerwatu “Gutske peklo”, które translator uparcie tłumaczy na “Dobre piekło”, a po drugie sporo frajdy sprawił nam przejazd przez las, ściganie się i próby jak najlepszego omijania przeszkód.

Tablica informująca o rezerwacie - Jaworowy
Jak mówi napis z tabliczki: "Piekło, które ci się spodoba". To mogłoby być hasło naszych rowerowych wycieczek
Błażej na rowerze zjeżdża ze szczytu Jaworowy
Zwycięzca wyścigu z Jaworowego

Miłe złego początki, czyli powroty do Oldrzychowic

Z gór w stronę Łomny Dolnej zaczęliśmy zjeżdzać w okolicy Babiego Wierchu. Tam szlak rowerowy staje się szeroką, wygładzoną ścieżką, po której zjazd zajmuje zaledwie kilka minut.

Można by zapytać wprost, co mogło być gorszego od błota, konarów, kamulców uciekających spod kół i podjazdów? Hmm, no może ukrop podczas podjazdów na asfalcie, przeprawianie się z rowerami przez jakąś zamkniętą drogę i brak możliwości zjedzenia zupy czosnkowej albo smażonego sera. 

Drobna przestroga: jeśli chcesz skosztować powyższego i znajdziesz lokal, o którym wszyscy piszą “prawdziwa czeska knajpka ze świetnym klimatem”, to licz się z tym, że Radegast będzie za 2,50 zł (!!!), ale jedzenia nie uświadczysz. Cierp człowieku, jeśli do Czech przyjechałeś samochodem..

Błażej na rowerze, w tle pole i Mały Jaworowy
Smutny powrót do Oldrzychowic bez obiadu

Historia naszej wycieczki ma jednak jeszcze smutniejsze zakończenie.

Zmęczeni, ale bardzo zadowoleni spakowaliśmy rowery do samochodu. Wspomnieliśmy niektóre fragmenty trasy i wyciągnęliśmy wnioski na przyszłe wycieczki. Z dumą przeliczyliśmy kilometry i pochwaliliśmy się kolegom, że oto właśnie przejechaliśmy ponad 50 kilometrów po górach. 

Na co oni, że też zrobili 50 kilometrów. Tyle, że pieszo.

© Copyright 2020 Błażej Wojaczek. All rights reserved

Made for your joy ❤

Korzystanie z niniejszej witryny oznacza zgodę na wykorzystywanie plików cookies. Zmiany warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do plików cookies można dokonać zmieniając ustawienia przeglądarki.