Nie zawsze przed wyjściem w góry uzupełniamy ankiety, ale jeśli już, to zaznaczamy, że jesteśmy szczęśliwi i niczego nam nie brakuje! Szczególnie, gdy spacerujemy do Munkebu.
Sorvågen i okolice Munkebu
Po odwiedzeniu Å i Ågvatnet zrobiliśmy małą wycieczkę w okolice Munkebu, norweskiej hytte, a więc chatki turystycznej, którą opiekuje się DNT (Norweskie Stowarzyszenie Turystyczne, coś jak nasze PTTK). Wystartowaliśmy z Sorvågen, wypełniliśmy ankietę dotyczącą stanu szlaków i potrzeb turystów, a następnie powolutku pomaszerowaliśmy pod Munkebu z zamiarem wejścia na Munken. Szlak prowadził nas z widokiem na jeziora i wznosił się na kolejne progi doliny. Po drodze napotkaliśmy nawet pewne utrudnienia, tzn. gładką skałę z powieszonym łańcuchem, szczególnie przydatnym wtedy, kiedy na plecach dźwiga się ok. 20 kilogramów…
Teren, przez który przechodziliśmy, przypominał nam Tatry. No dobra, takie trochę lepsze Tatry. Wystające wprost z morza, zaskakujące kształtami. Lofoty to też trochę takie góry “w pigułce”. Niezbyt duże wysokości pozwalają jednak poznać charakter wysokich, skalistych gór.
Niestety, tego dnia też mieliśmy tylko połowiczne szczęście do pogody. Po przyjściu w okolice Munkebu i rozbiciu namiotu nigdzie się nie wybraliśmy. Munken zaszedł mgłą, Hermanndalstindena (1029 m) – najwyższego szczytu tej części Lofotów – nie było w ogóle widać. Chyba tylko żeglarzom sprzyjała pogoda, bo nad Morzem Norweskim świeciło słońce. Nie pozostało nam nic innego, jak dokończyć kolejny rozdział aktualnie czytanej lektury.
Hermannsdalstinden
Podczas kolejnych dwóch dni uprawialiśmy “art of waiting”. Po prostu czekaliśmy na poprawę pogody. Bez dobrych warunków nawet nie mielibyśmy ochoty wybierać się na Hermannsdalstinden. Poza tym, wiele opisów głosiło, że należy zdobywać ten szczyt tylko wtedy, gdy skała jest sucha.
W końcu jednak z rozsądku postanowiliśmy powolutku się spakować i zebrać do tego, żeby przejść tę niebotyczną odległość dzielącą nas od namiotu na przeciwległej górze. 2 kilometry. To mogło być właśnie tyle. Spacer jednak nie był najprzyjemniejszy, bo cały czas siąpiło i niemożliwie wiało. W żadnych górach chyba tak nie wiało. A nie, no przecież, w Tatrach tak wieje co chwila.
Tak więc, dzięki zaprawieniu przez polską część Karpat jakoś przetrwaliśmy i dotarliśmy do miejsca, które w blogowym świecie nazywane jest Hillem 440. Jeszcze rano wypatrywaliśmy stojący na Hillu namiot. Okazało się, że jego mieszkańcami byli Szwedzi. Nasza rozmowa z nimi nie trwała zbyt długo, bo musieliśmy schować się w namiocie przed okropną ulewą.
Tak więc… do wieczora deszcz. Pójście na Hermannsdalstindena odłożyliśmy na kolejny dzień…
…który może i zrobił się lepszy, ale nieszczęsny Hermannsdalstinden dalej ukrywał się w chmurze. NIE SZKODZI. Poczekamy. Oczywiście, gdy tylko zeszliśmy nieco niżej po wodę, Hermann się odsłonił. Ale był łaskaw zaczekać, aż w końcu się na niego wybierzemy.
Nie do końca wiedzieliśmy, co spotkamy w drodze na szczyt. Po rozmowach z kilkoma turystami wynikało, że to “niebanalna wędrówka z elementami wspinaczkowymi”. Oczywiście, przejście to zweryfikowało. Niektóre z “elementów wspinaczkowych” były bezproblemowe, najtrudniejsze fragmenty zostały ubezpieczone łańcuchem.
Wrażenie zrobiła na nas ogromna, pionowa ściana Hermanna opadająca kilkaset metrów do jeziora. No i cała ta przestrzeń (choć nie za bardzo jest przyjemnie, gdy przepaść kończy się wodą…).
Przed samym podejściem na szczyt znajduje się piargowisko. Tam najlepiej trzymać się wydeptanej ścieżki lub wypatrywać kopczyków. Końcowa część wycieczki to wdrapywanie się po ogromnych głazach, niewymagające jakichś specjalnych umiejętności. No może jedynie oswojenia przestrzeni – w niektórych miejscach było dość eksponowanie.
Opłacało się poczekać na przyjemną pogodę!
Wejście i zejście na Hermannsdalstinden z Hilla 440 zajęło nam niecałe 4 godziny (i to z robieniem sporej ilości zdjęć po drodze i na szczycie). Jeśli jest się w okolicy Sorvågen, Hermann to taki “must have”. Można się na niego wybrać również z samego dołu, czyli właśnie z Sorvågen lub z okolic Munkebu. Przejście takiego szlaku zajmie pewnie dużo więcej czasu, ale na lekko na pewno nie będzie trudne. No i w lipcu nie trzeba się spieszyć – zmrok nikogo nie złapie. A widoki ze szczytu warte są poświęcenia.
Sprawdź na mapie przebieg trasy w okolice Munkebu i na Hermannsdalstinden:
Spodobały Ci się Lofoty? Zobacz, co jeszcze można zwiedzić na tym norweskim archipelagu.